Mój Blog

Pisarz pisze. Jeśli chcesz być pisarzem, pisz

Płaska i piękna, odważna i wolna. Wolna od raka

Mamy różowy październik.

Nawet liście świętują.

Niektórzy nazywają go miesiącem świadomości raka piersi. Osobiście wolę nazwę: „miesiąc cieszenia się życiem ze wszystkich sił”.

W dodatku obchodzę go dwanaście razy do roku.

W kalendarzu pojawiło się nowe święto. Pewnie wam to umknęło, ale 7 października obchodziliśmy International Flat Day, czyli Międzynarodowy Dzień Płaskich Klatek Piersiowych. Ten dzień ma uczcić wszystkie kobiety, które przeszły mastektomię bez rekonstrukcji, prewencyjnie albo w ramach walki z rakiem.

Mówimy o sobie: płaskie i piękne. Mamy nawet grupę na Facebooku. Do naszego wyjątkowego stowarzyszenia sióstr należy ponad dziewięć tysięcy członkiń. Ta zamknięta grupa powstała w 2019 roku, żebyśmy mogły dzielić się intymnymi szczegółami i zdjęciami z życia w myśl hasła „z tyłu plecy, z przodu plecy”. Wspieramy kobiety, które postanowiły nie poddać się rekonstrukcji piersi i chcą cieszyć się swoim ciałem w naturalnej postaci.

Tworzymy szczególne plemię wojowniczek. Radzimy sobie z zaskakującymi, niemiłymi słowami ze strony rodziców, małżonków, kochanków, rodzeństwa i nieznajomych, którzy komentują nasze wybory i/lub nasze ciała.

Dzielimy się swoimi sposobami na infekcje, kroplówki, dreny, bóle, blizny i smutek. Rozmawiamy o wątpliwościach, czy podjęłyśmy właściwą decyzję, o łzach pod prysznicem, o cieszeniu się życiem i o koleżankach, których życie niestety dobiegło końca. Zamieszczamy swoje zdjęcia w kostiumach kąpielowych i sukienkach i opowiadamy, jak zaczęłyśmy czuć się piękne i seksowne bez piersi.

Wiemy, że nie każdy chirurg uważa brak rekonstrukcji za realną i cudowną opcję. Niestety niektórzy lekarze nie słuchają pacjentek i zostawiają na klatce piersiowej więcej skóry na rekonstrukcję, której wiele kobiet nie chce i nie akceptuje.

Ja mam na klatce piersiowej piękną pamiątkę zwycięstwa nad rakiem, pozostawioną tam przez chirurga Leonarda Brzozowskiego, który uszanował moją decyzję.

Te dwie blizny układają się w literę V. To symbol mojego zwycięstwa – wiktorii [victoria] – nad rakiem.

Inne kobiety ozdabiają blizny tatuażami w kształcie skrzydeł albo róż.

W zeszłym tygodniu moje płaskie przyjaciółki zamieściły na grupie zdjęcia, które mnie rozśmieszyły. Na pierwszym jedna z nich uprawia wędkarstwo muchowe topless, dumnie prężąc klatkę piersiową bez piersi. Kolejna ma na sobie powłóczystą tiulową spódnicę – i nic poza tym. Inna pozowała w T-shircie z napisem: „Tak, pozbyłam się ich. Próbowały mnie zabić”.

Kiedy usunęłam piersi dziewiętnaście lat temu, początkowo się z tym nie afiszowałam. W tamtych czasach niewiele kobiet mówiło o tym głośno. Nosiłam protezy, żeby wyglądać „normalnie”, cokolwiek to znaczy.

Wiele lat później podczas wyprawy do Wielkiego Kanionu zostawiłam sztuczne piersi w pokoju hotelowym. Przeszłam szlak Bright Angel Trail z jedną z sióstr i z córką, która w wieku dwudziestu dziewięciu lat poddała się prewencyjnej podwójnej mastektomii. Przekazałam jej mutację genu BRCA1. Zachorowałam na raka piersi, kiedy miała zaledwie dziewiętnaście lat. Ona zdecydowała się na operację, żeby tego uniknąć. Żadna z nas nie miała rekonstrukcji.

W pewnym momencie byłyśmy jedynymi osobami na szlaku. Temperatura wynosiła prawie 40ºC, więc przystanęłam, ściągnęłam koszulkę, napięłam mięśnie i zawołałam: „A masz, raku!”.

Ustawiłam sobie zdjęcie z tej wyprawy jako wygaszasz ekranu na komputerze. Przypomina mi, żebym żyła na sto procent i cieszyła się każdą chwilą. To przywilej, że jestem płaska i piękna, odważna i wolna.

Czasem ludzie pytają, dlaczego wciąż mówię o nowotworze, skoro chorowałam tak dawno temu. W końcu od diagnozy, operacji, chemioterapii i radioterapii minęły już dwadzieścia dwa lata.

Po co do tego wracam?

Bo jakaś inna kobieta właśnie to przeżywa.

Jakaś kobieta dziś poznaje diagnozę.

Jakaś kobieta dziś płacze, słysząc słowo „rak”.

Jakaś kobieta dziś idzie pod nóż, żeby uratować swoje życie,

Jakaś kobieta dziś rozwija z bandaży swoje nowe ciało.

Jakaś kobieta patrzy w lustro i zastanawia się, czy kiedykolwiek znów poczuje się w pełni sobą.

Jakaś kobieta potrzebuje pewności, że nie musi mieć piersi, żeby być kobieca.

Jakaś kobieta potrzebuje nadziei, że kiedyś przestanie płakać.

Jakaś kobieta potrzebuje przypomnienia, że z czasem zacznie się cieszyć swoim nowym ciałem.

Jakaś kobieta potrzebuje świadomości, że prawdziwa miłość jej życia nigdy jej nie opuści, bo to ona jest prawdziwą miłością swojego życia – a to miłość na całe życie.

Właśnie dlatego każda z nas podejmuje ten radykalny krok.

Żeby kochać życie.

Bo warto o nie walczyć.